pod
ciemnobłękitnym nieboskłonem
kryształowa luna
otula uśpione
obłoki
spływa sakralnym
promieniem
tworząc
alabastrowy pierścień
na seledynie
jeziora
pełzającym
światłem
przerwanym
nieznacznie
pluskiem
samotnej łodzi
a pocałunek
wiatru potrąca
piszczałkami
magicznej fletni
dobywając
westchnienie
co mknie pod
sklepieniem
i zawisa w
powietrzu
nie wyśpiewana
nutą
spocząwszy na
darniowym posłaniu
Zefir potrząsnął
trzciną
w którą bogowie
przemienili
nieszczęsną Syrinks
zadrgały
żałośnie nabrzmiałe tony
duszy tkliwej
skrytej w
brzydkiej powłoce Pana
ronił on gorzkie
perły
potoczyły się
przekleństwem
zakochanego
fauna
na wieki
naznaczone
rzeczna nimfa
piękna lecz okrutna
nie zdołała
otworzyć podwoi serca
by przyjąć
miłego gościa
mgła niepamięci
nie chce
przyćmić
zbolałych źrenic
więc pieścić
będzie rozpacz
niczym kochankę
psalm nucąc
fletnią
od zarania
dziejów
po ich koniec